Skoro utwór w ostatnim rozdziale doprawadził was do załamania i depresji to łapcie jeszcze i do tego bo też będzie tu pasował ʕ ꈍᴥꈍʔ
Luz
Ludzkie życie jest dość kruche, nieprawdaż? Bardzo łatwo osoba, którą kochamy może zniknąć z tego świata i już nigdy nie wrócić. Istnieje wiele przyczyn śmierci.
Jedni umierają ze starości, inni przez choroby, a jeszcze inni...przez wypadek.
W momencie kiedy Amity wbiegła na ulicę zadziało się tyle rzeczy naraz, że przez chwilę świat się dla mnie zatrzymał.
Stałam w tym samym miejscu przez cały czas. Udało mi się krzyknąć tylko jej imię, gdy samochód uderzył prosto w nią.
Momentalnie wtedy poczułam jak do moich oczu napływają łzy. Mimo to, nie poruszyłam się. Obserwowałam co wydarzy się dalej.
Kierowca samochodu przystanął na chwilę. Już z daleka rozpoznałam te czerwone końcówki włosów i dziwny błysk w oku, kiedy na mnie spojrzał.
Był to ten sam chłopak, który zaatakował Amity w parku.
- Uznaj to jako zemstę za to, co się wtedy wydarzyło- rzucił uśmiechając się chytrze - To powinno załatwić sprawę między nami oraz wszystkim innym - po tych słowach czym prędzej odjechał, zostawiając mnie samą na pustej ulicy.
Możliwe, że dopiero wtedy doszło do mnie, co się wydarzyło.
Powoli obróciłam głowę w stronę ulicy, na której leżało bezwładne ciało zielonowłosej.
- Amity! - podbiegłam do niej, od razu przy niej opadając.
Dziewczyna była nieprzytomna, więc nie zareagowała gdy ją wołałam.
Próbowałam ją jakoś obudzić, ale mój wysiłek poszedł na nic. Jej oddech był płytki. Miała kilka ran z których leciała krew. To nie wróżyło niczego dobrego.
Drżącymi rękami wyjęłam telefon z kieszeni i zadzwoniłam po karetkę. Ledwo udało mi się cokolwiek powiedzieć przez płacz.
Później wydarzyło się jeszcze więcej.
Po chwili przy mnie znalazła się Eda, Willow i Gus. Zapewne przybiegli tu na dźwięk uderzenia.
Willow ze względu, że znała się na pierwszej pomocy od razu przystąpiła do działania. Gus jej w tym pomagał, natomiast Eda próbowała mnie przez ten cały czas uspokoić.
Niestety niewiele pamiętam, co się działo następnie. Wszystko wokół mnie wirowało, a dźwięki, które wybrzmiewały wokół mnie wydawały się głuche.
Pamiętam tylko jak Willow wydawała Gusowi co ma robić oraz dźwięk karetki, która w końcu przyjechała. Eda cały czas mnie przytulała i próbowała uspokoić.
Później widziałam tylko rozmazany obraz tego jak ratownicy zabierają nieprzytomną Amity do karetki.
Chyba dopiero wtedy byłam w stanie cokolwiek powiedzieć.
- Nic jej n-nie będzie...pr-prawda? - starałam się sama siebie przekonać.
- Nie wiem tego dzieciaku...naprawdę nie wiem...- Eda przytuliła mnie jeszcze mocniej do siebie.
- To wszystko moja wina! Moja wina! - rozpłakałam się na dobre.
Płakałam później przez bardzo długi czas, wtulona w nią. To przeze mnie Amity wbiegła pod ten samochód!
To wszystko przez to, że nie rozumiałam do niej moich uczuć!
Niestety, dopiero teraz jestem w stanie je chyba zrozumieć.
Wtedy gdy stałyśmy z Amity w ogrodzie nie wiedziałam jak mam zrozumieć to, co ona próbuje mi wyznać. Nigdy nie wyobrażałam sobie jakby to było gdybyśmy były razem. Zależało mi na niej i teraz zrozumiałam, że to była miłość i wielka troska spowodowana właśnie tą miłością. Szkoda tylko, że może być teraz na to wszystko za późno.
Wypadek Amity wstrząsnął praktycznie wszystkimi. W tym również jej rodziców, którzy już z samego rana przyjechali z jednej ze swoich delegacji do szpitala.
Edric i Emira również przejmowali się siostrą. Gdy spotkałam ich pewnego razu na szpitalnym korytarzu, opowiedziałam im o wszystkim.
Przychodziłam tu praktycznie codziennie od wypadku. Czyli już od prawie od trzech tygodni. Amity była w śpiączce, poza tym miała złamane jedno żebro i musiała przejść operację. Miała jeszcze kilka zadrapań oraz lekki wstrząs mózgu.
Niestety lekarze nie mogli już nic więcej zrobić. Trzeba było czekać aż sama się wybudzi.
Przez ostatni czas naprawdę nie byłam sobą. Czułam się tak jakby ktoś zabrał całą radość ze mnie. Nic nie potrafiło mnie rozśmieszyć. Moja codzienność stała się strasznie monotonna. Codziennie szłam do szkoły, a następnie kierowałam się od razu do szpitala, cały czas mając nadzieję że może Amity się obudzi.
Ostatnie dni siedzenia przy jej łóżku i patrzenie na to jak śpi dawało mi sporo do myślenia. Zrozumiałam, że naprawdę mi na niej zależy. Ale nie tak jak na przyjaciółce. Rany.. .ja przecież tak za nią tęskniłam, że codziennie budziłam się z krzykiem z jej imieniem na ustach.
Brakowało mi jej.
Wtedy dopiero zdałam sobie sprawę, że...kocham tę dziewczynę. Niestety byłam za głupia, aby zdać sobie o tym sprawę wcześniej...
Może gdybym wcześniej to zrozumiała, to może...może by do tego wszystkiego nie doszło? Może Amity by teraz przy mnie była?
Codziennie tak myślałam.
Dzisiaj po raz kolejny od razu po szkole ruszyłam do szpitala. Od czasu do czasu mijałam się nawet z jej rodzicami. Nie mieli nic przeciwko temu, abym odwiedzała ich córkę. A może nie zdawali sobie sprawy kim naprawdę jestem?
Zauważyłam, że Pani Blight zachowuje się jakby chodziła w jakimś amoku. Może w końcu zdają sobie sprawę jak bardzo tęskniła przez ten cały czas za córką?
Może ten wypadek chodźby trochę otworzył im oczy? Tak jak i mnie.
Wchodząc do pokoju, w którym leżała Amity, poczułam narastającą falę smutku. Widząc jak ona tak leży kompletnie pozbawiona życia, poczułam narastające wyrzuty sumienia.
- Hej Ami...- usiadłam na krześle przy jej łóżku, chwytając za rękę jak to zawsze robiłam - przyszłam. Znowu...w sumie jak codziennie...
Przez chwilę wpatrywałam się w ciszy w spokojną twarz zielonowłosej. Wyglądała jakby po prostu zasnęła na krótką drzemkę i miała się już za chwilę obudzić.
- Wiesz...gdzieś słyszałam, że ludzie w śpiączce czasem słyszą co do nich mówimy...- kontynuowałam swój monolog - ciekawe czy mnie słyszysz..huh? Sporo się ostatnio działo...
W szkole wiele osób za tobą tęskni. Nawet Boscha, która na jakiś czas się chyba ode mnie odczepiła. Willow i Gus jutro być może ze mną tutaj wpadną. Wszyscy za tobą bardzo tęsknimy...- poczułam jak łza spływa po moim policzku - a ja...chyba najbardziej - chwyciłam jeszcze mocniej jej rękę - gdyby nie ja...ten wypadek...W-w ogóle nie miałby miejsca! - łzy teraz leciały z moich oczu kaskadami - powinnam zauważyć twoje uczucia do mnie! Przecież przez cały czas się przy mnie rumieniłas i i...no przecież to było oczywiste! - nie wytrzymując już tego wszystkiego, po prostu ją mocno przytuliłam - przepraszam cię Amity! Słyszysz? Przepraszam! - nie przestawałam płakać - ja...ja...kocham cię...proszę wróć do mnie - płakałam trzymając ją za dłoń - proszę… Jesteś dla mnie moim promykiem nadziei… Moim najpiękniejszym promykiem nadziei....