Rozdział 22

102 12 3
                                    

Minęło dwa tygodnie siedzenia w szpitalu. Każdego dnia Gregory przychodził do mnie z pełnym śniadaniem, obiadem i kolacją, nawet jeśli był na służbie. Gdy rana bolała, opowiadał mi żarty lub trzymał mnie za rękę. Chłopaki też kilka razy mnie odwiedzili, ale mniej niż Gregory — musieli zająć się moimi sprawami, podczas gdy ja gniłem w szpitalnym łóżku. Gregory był mi coraz bliższy.. a mi to w ogóle nie przeszkadzało.

— Chciałbyś — skwitował Gregory, patrząc na mnie z rozbawieniem. — Nie dam ci tej długiej, choćby nie wiem co. — stwierdził, przełączając filmy na netflix prawą dłonią, a lewą ręką obejmując mnie ochoczo.

— No weź, Gregory! — jęknąłem niezadowolony. — Przecież jestem twoim mężem.

— Nie ma mowy. — zaśmiał się. — Co najwyżej mogę ci zrobić herbatę. — odparł, a tuż po tym faktycznie wstał przechodząc do kuchni.

Odprowadziłem go wzrokiem. Już po chwili usłyszałem dźwięk odkładanych na blat kubków. Przeniosłem wzrok na telewizor, na którym leciał jakiś serial. Od kiedy wyszedłem ze szpitala, nieustannie zastanawiałem się, kiedy pójść po dofinansowanie i papiery rozwodowe. Minęło już wystarczająco czasu, prawda?

Gdy Gregory wrócił z herbatą dla mnie i kawą dla siebie, usiadł obok i objął mnie ostrożnie, tak by nie poruszyć mojej nogi, która spoczywała na stoliku. W tej pozycji było mi najwygodniej i najmniej mnie bolało. Upiłem łyk herbaty, patrząc w ekran, ale moje myśli krążyły gdzie indziej.

Czy na pewno chciałem to zakończyć? Nikt nigdy nie był dla mnie tak opiekuńczy jak on.

— Mam pewną propozycję — odezwał się nagle Gregory.

— Jaką? — zapytałem zaciekawiony.

— Skoro już jesteś moim mężem, to... możesz wziąć całą kasę ze ślubu, jeśli zmienisz nazwisko na Montanha. — powiedział z głupawym uśmiechem.

— Słucham?! — niemal zakrztusiłem się herbatą. — Wtedy nawet rozwód mi nie pomoże, będę z tobą uwięziony do końca życia — mruknąłem, ale takowa myśl zaczęła kiełkować w mojej głowie. — Całe trzysta tysięcy powiadasz... — spojrzałem na niego podejrzliwie. — Skąd ci to przyszło do głowy?

— No co, Erwin? Chyba nie jesteś nudziarzem? — rzucił prowokująco.

Zacisnąłem mocniej ręce na kubku.

— Przestań żartować, bo mnie wkurwiasz.

— Nie żartuję — odparł, a jego ton był zadziwiająco poważny. — Erwin Montanha. Dobrze brzmi, prawda? — zaśmiał się i upił łyk kawy.

— Nie chcesz tych pieniędzy? — spytałem podejrzliwie.

— Niby chcę, ale mam ich wystarczająco, więc jeśli zgodzisz się na moje nazwisko, to możesz je sobie wziąć — wzruszył ramionami.

Zmrużyłem oczy, bacznie mu się przyglądając.

— A co ci tak na tym zależy?

— Nie zależy mi szczególnie — odparł i wrócił wzrokiem do telewizora. — Po prostu mogłoby być zabawnie. Poza tym... moje nazwisko bardziej ci pasuje.

Prychnąłem i upiłem łyk herbaty. Przez chwilę się zastanawiałem, ale w końcu wstałem ostrożnie, zgarnąłem telefon i wybrałem numer do swojego adwokata. Gdy odebrał, uśmiechnąłem się szeroko.

— Dałoby radę ogarnąć wniosek o zmianę nazwiska? — zapytałem, wychodząc do sypialni, żeby porozmawiać poza zasięgiem wzroku Montanhy.

Andreas obiecał się tym zająć, a ja mogłem już cieszyć się swoimi trzystoma tysiącami dolarów. Po chwili dostałem SMS-a z gratulacjami z okazji ślubu. Japierdolę.

Wróciłem na kanapę i dopiłem herbatę.

— I co? Zmienisz nazwisko? — zapytał Gregory.

— Mhm — mruknąłem, wpatrując się w telefon. — Teraz już na zawsze będziemy ze sobą powiązani, ale czego się nie robi dla kasy — dodałem z uśmiechem.

Montanha zaśmiał się tylko i objął mnie, gdy znów usiadłem na swoim miejscu. Mimowolnie przysunąłem się bliżej.

Film leciał, a ja przymknąłem oczy, zmęczony własnymi myślami.

— E, śpisz? — usłyszałem głos Gregory'ego.

Mruknąłem niemrawo, otwierając na moment oczy.

— Co? Nie śpię...

— Ale spałeś. Wybacz, że cię obudziłem — powiedział spokojnie.

Nie odpowiedziałem, tylko wtuliłem się w niego mocniej, pozwalając sobie na chwilę spokoju.

— Myślałem, że będziesz bardziej opierał się tej zmianie nazwiska — powiedział cicho.

Westchnąłem, nie otwierając oczu.

— Może i powinienem — przyznałem. — Ale kasa to kasa. A poza tym... już i tak wszyscy myślą, że coś między nami jest.

— Bo jest? — Jego ton był niemal beztroski, ale czułem, że pod tym pytaniem kryło się coś więcej.

Otworzyłem jedno oko i spojrzałem na niego kątem oka.

— Przestań filozofować, Montanha — mruknąłem, wtulając się jeszcze bardziej.

Poczułem, jak jego klatka piersiowa unosi się w krótkim śmiechu, a potem znów zapadła cisza.

— To co teraz? — zapytał po chwili.

— Teraz... śpimy. — Mruknąłem sennie, czując ciepło jego ramienia wokół mnie.

I choć w głowie wciąż kołatało mi pytanie, czy naprawdę była to dobra decyzja, to w tamtym momencie po raz pierwszy od dawna czułem, że może nie było to aż tak ważne.

— Śpimy? — powtórzył, a ja niemal słyszałem ten jego cholerny uśmiech.

— Tak. — Uderzyłem go lekko dłonią w bok. — Masz jakiś problem?

— Nie, skąd. Po prostu nie sądziłem, że tak wcześnie pójdziesz spać. Dopiero dziewiętnasta.

Prychnąłem cicho i przymknąłem oczy ponownie.

— No i chuj. Po prostu... — urwałem, zastanawiając się, jak ubrać to w słowa. — Po prostu dawno nie było mi tak wygodnie.

Już nie odpowiedział, a ja wykorzystałem tę chwilę, by ponownie zanurzyć się we własnych myślach. Powieki stawały się coraz cięższe, sen powoli mnie ogarniał. Jednak z tym człowiekiem nie można liczyć na moment spokoju.

— Erwin Montanha... — usłyszałem nagle i spojrzałem na Gregory'ego. Patrzył na mnie z rozbawieniem, ale w jego oczach czaiło się coś jeszcze. — Brzmi dobrze.

— Zamknij się.

— Nie wkurzaj się, mówię serio. Pasuje do ciebie.

— Pieprz się. — burknąłem ponownie zamykając oczy.

— Może kiedyś.

— Gregory!

Znowu się zaśmiał, tym razem głośniej. Czułem, jak jego klatka piersiowa unosi się i opada pod wpływem śmiechu, a ja mimo wszystko uśmiechnąłem się pod nosem. Może ta cała szopka rzeczywiście nie była najgorszą decyzja w moim życiu.

Delikatne usta | MorwinOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz